Pewnego jesiennego, dżdżystego dnia, gdy niestałość nieba nie dawała się podważyć, znudzony puszczaniem łódek fantazji po wszystkich kałużach świata Grzegorz Lesiak udał się do jedynej w mieście knajpy z muzyką na żywo.
Chciał naszkicować plan okrętu dalekomorskiego. Oczywiście było tylko kwestą czasu by niezmienny ten w spokoju swych zmian człowiek wpadł tam, w knajpie na Łukasza Downara. Ten akurat odwinął się z czarnego arrasu lenistwa, swobodnego braku woli i z miejsca zgłosił chęć zaokrętowania się. Po trzech dobach spędzonych nad planami wyprawy okręt zamieniono na łódź podwodną. I oto napięta inteligencja poczęła drążyć w okolicy tunel, jak jakiś szalony, a przecież metodyczny kret - pewnie i na oślep.
Krzysztof Redas od dłuższego czasu wyciskał knykciami potoki fioletu z gałek ocznych. Wpadł do tunelu. Zabrał latarkę. Łódź podwodną zamieniono na balon, to znaczy na sterowiec. Irregularna czasza balonu rozpoczęła bezlitośnie zdeterminowany przygodą dryf. Wyprawa była już rozwibrowana całkiem dobrze zbierając po drodze łup echa. Wtem - chmura! Na wskroś chmury runął ku wyprawie, ku sobie runął - Tomasz Piątek. Trzeba było przesiąść się do kosmodromu.
Kosmodrom ten zdążyła jeszcze zobaczyć Paulina z czwartego piętra lecz umiała ona sobie radzić w życiu i nie zdradzać swych myśli - słowem kobieta, która wie, czego chce.
Wiedza ta nie uchroniła jej przed majtnięciem się przez barierkę i upadkiem w miękki piasek pustyni durnego wahania się. A kosmodrom? Lśni, ości sterów jego nastroszone, olinowanie naoliwione, astroepicki rejs wytycza nową drogę kolejnymi rozbłyskami plazmowej maszynerii napędowej. Prowadzony jest systematycznie wściekłą czcionką Dziennik Pokładowy. Wszystko gotowe by bezbłędnie sztukować białe płótno możliwych map przestrzeni, czynić rekonesanse i potwierdzać istnienie miriady kolapsów czasowych, rozwibrowanych synaps, czarnych głowonogów na wyspie wewnętrznych pejzaży. Tymczasem świat jest metr, minutę wcześniej, i to on pierwszy, nasycony własną pięknością, z bólem i rozkoszą patrzenia na to, w zapamiętaniu atakuje, przebija dziury w statku powietrznym! Potrzebny jest inżynier iluminatorów! Kreator wizji! Jest!! Oto kostka rubika radośnie odżywa w rękach komandora, bo zjawia się łatacz oczu - Maria Porzyc.
Wszystko jest więc naprawione, trajektoria wycyzelowana, pora zaparkować w lesie. Statek kosmiczny zostaje ukryty wśród leśnego poszycia, od góry przysłonięty gałęziami buczyny. Nogi zostają rozprostowane, a myślunki same włażą do głowy, jeden przyjemniejszy od drugiego i nie potrzeba ani trochę wysiłku, żeby się uganiać i szukać ich. Jakaś dobra wibracja daje się wyczuć na polanie przepełnionej przejrzystym światłem i poplątanymi sękami drewna nazbieranego najwyraźniej na opał. Ktoś tu jest! Jego umysł chyba wyciszony, we własnym azylu, taki panuje tu spokój. Wkrótce okazuje się, że jest to nie kto inny, tylko stary znajomy zza rogu galaktyki - Jan Michalec. Dalej idą razem.

                                                                                                                                                mgr Przygoda