Gdyby jakiś geniusz usiadł kiedyś i przeanalizował mój gust muzyczny, niewykluczone, że udałoby mu się opracować algorytm, dzięki któremu mógłby przewidzieć co mi się spodoba. Każdy muzyk mógłby wtedy użyć takiego wzoru, żeby stworzyć muzykę, która trafiałaby dokładnie w mój gust. (Wydaje mi się zresztą, że podświadomie sam działam w ten sposób tworząc swoją własną muzykę). Nie mówię, że ktoś kiedyś faktycznie zrobił coś takiego - takie oświadczenie byłby to z mojej strony dość śmieszne i aroganckie - ale gdyby coś takiego jednak miało miejsce, to Tatvamasi prawdopodobnie byłoby wynikiem takiego właśnie procesu. Trochę jazz, trochę rock, mieszanka kompozycji i improwizacji, balans tonalności i dysonansów, granie znacznie bardziej odkrywcze niż przesadnie technicznie. Dobór instrumentów (gitara, bas, perkusja, saksofon) zapewnia różnorodność tonalną, dzięki której w kolejnych utworach nie brzmią one tak samo. Gitarzysta, żeby czasem trochę namieszać, używa przeróżnych efektów; saksofonista też się nie oszczędza - miejscami, co może niektórym przeszkadzać, gra mocno free, ale nie powiedziałbym, że tego nadużywa. Kompozycje w większości opierają się bardziej na riffach i linii melodycznej niż na progresjach akordowych, dzięki temu muza brzmi bardzo naturalnie - zupełnie jakby chłopaki zagnieździli się w tych utworach do tego stopnia, że dźwięki zagrały się same. Co wcale nie znaczy, że poszczególne elementynie pasują do siebie. A wręcz przeciwnie – mam dziwne wrażenie, że samo planowanie zajęło im sporo czasu; oczywiście część tego planowania polegała na ustalaniu parametrów improwizacji. Czasami bas i gitara wspólnie prowadzą unisona, ale znacznie częściej ich ścieżki uzupełniają się gdy bas wyłapuje poszczególne akcenty gitary. Partie saksofonu od czasu do czasu biorą udział w tych rytmicznych zależnościach (przelotnie przywodząc na myśl King Crimson), a czasem stanowią one harmoniczną przeciwwagę dla pozostałych instrumentów. Tatvamasi jest na równi z niektórymi z najnowszych ulubionych odkryć (Dylan Ryan, Jason Robinson) oraz z niektórym starymi dobrymi nagraniami (Kilgore Trout, Stinkhorn). Jak by nie patrzeć - wybitny set - do którego z pewnością będzie można wracać w kolejnych latach.

John Davis